Ekspedycja Peru

 

W październiku 2010 roku aktorzy Teatru Brama oraz Expedition Metropolis z Berlina udali się na trzytygodniową ekspedycje do Peru, gdzie zaprezentowali spektakle w Limie oraz w różnych miejscowościach w regionie Apurimac. Europejska grupa pracowała wspólnie ze społeczno-politycznym Teatrem Arena y Estera z Peru, z którym rozszerzyła myś́l polsko-niemieckiej produkcji teatralno-muzycznej Platforma. W peruwiańskiej bowiem wersji spektaklu artyści uwzględnili świeżą sytuację polityczną w Peru i Ameryce Południowej w kontekście walk pomiędzy rządem a organizacją rewolucyjną Świetlisty Szlak, które miały tam miejsce w latach 80 i 90 XX wieku. Oprócz wymiany doświadczeń, prezentacji spektakli, spotkań z publicznością i peruwiańskimi twórcami zrealizowany został cykl warsztatów w zapomnianych przez świat i doświadczonych wojną wioskach w Andach (Llinqui i Toraya w regionie Apurimac).

 

więcej:

 

ZDJĘCIA Z PROJEKTU

 

" Z dala od cywilizacji" - artykuł napisany dla Portalu Gminy Goleniów.

 

„Od 17 października do 10 listopada przebywaliśmy wraz z partnerskim niemieckim teatrem „Metropolis” w Peru. Wspólnie odwiedziliśmy zaprzyjaźniony teatr „Arena y Estera”, który mieliśmy przyjemność gościć i pokazywać w ubiegłym roku w Goleniowie. Razem pracowaliśmy u nas, teraz przyszła kolej na wizytę w Peru. Zaplanowaliśmy wspólne warsztaty, pokazy spektakli, dyskusje na temat pamięci. Mieliśmy odwiedzić miejsca ważne w kontekście walk, jakie miały tam miejsce między rządem a organizacją rewolucyjną Świetlisty Szlak w latach 80. i 90. XX wieku.

Dość szybko wkroczyliśmy w zupełnie inny świat, choć lot z Amsterdamu do Limy zajął 13 godzin. Stolica Peru to 7-milionowy moloch, w którym podobno mieszka 4 miliony nędzarzy. Są tu oczywiście nowoczesne i luksusowe dzielnice, jak hotelowo-restauracyjna Miraflores czy zabudowana wieżowcami finansjery San Isidoro. Jednak duże części metropolii to slumsy, zwane tu pueblo jóven, zamieszkałe głównie przez przybyszów z andyjskich wiosek.

Prosto z lotniska pojechaliśmy do siedziby teatru „Arena y Estera”, który jest położony w najuboższej dzielnicy stolicy - Villa El Salvador, nad samym Pacyfikiem, na południe od centrum Limy. Wielokrotnie, gdy chcieliśmy zamówić taksówkę z centrum do naszego miejsca pobytu, taksówkarze patrzyli na nas, uśmiechali się i kiwając głową mówili: „To niemożliwe.” Niedowierzali, że naprawdę chcemy tam jechać.

Przez pierwsze 5 dni prowadziliśmy warsztaty i pracowaliśmy nad wspólnym spektaklem. Mieszkaliśmy u rodzin. Był to dla nas czas przyzwyczajania się do warunków panujących w tym miejscu. Lima to drugie co do wielkości miasto na świecie (po Kairze), położone na pustyni. Do jego wyglądu trudno się przybyszom z Europy przyzwyczaić. Domy są jakby wciąż w trakcie budowy, bez postawionych dachów, bo za posiadanie dachu płaci się tam ekstra podatek. Część „domów” zbudowano ze słomianych mat i płyt kartonowych. A pośród nich całkowita egzotyka: hordy bezdomnych i schorowanych psów, walki kogutów na ulicach, świnki morskie na talerzu, dyskoteki z 15-osobowym zespołem grającym salsę, gotowanie potraw przy ognisku na ulicach, wesoła muzyczka ze śmieciarki zachęcająca do wystawienia śmieci, wysypisko śmieci pod domem i wiele innych fascynujących zjawisk, które były dla nas szokiem kulturowym.

Mimo powszechnej biedy i surowości życia uderzyło nas jednak łatwo dostrzegalne szczęście tych ludzi, umiłowaniem życia, ich ogromne przywiązanie do miejsca, życzliwość, szacunek do innych oraz umiejętność radowania się z najprostszych rzeczy.

Piątego dnia naszego pobytu wybraliśmy się do Muzeum Narodowego. Poza wystawą o kulturze Inków obejrzeliśmy tam wstrząsającą ekspozycję fotograficzną, przygotowaną przez tamtejszą Komisję Prawdy i Pojednania. Przedstawiała ona historię wydarzeń, jakie miały miejsce podczas dwudziestu lat wojny domowej, kiedy rząd Peru walczył przeciw lewicowej partyzantce i handlarzom narkotyków. W zamachach terrorystycznych i przypadkowych atakach oficjalnych sił zbrojnych zginęło wtedy (według raportu Komisji) około 70.000 osób. Odwiedziliśmy tam pomnik „Płaczące oko”, wokół którego poukładano tysiące małych kamieni w kształt ogromnego labiryntu. Na 40.000 kamieniach grupa wolontariuszy z całego świata wypisała nazwiska i daty urodzenia osób, których ciała zostały zidentyfikowane. Do dziś pomnik jest kontrowersyjnym świadectwem pamięci. Część społeczeństwa interpretuje go czasem jako pomnik ku czci terrorystów. Jest ogrodzony i pilnowany, a mimo to był zamalowany i atakowany przez różne grupy przeciwników.

Zwiedzając takie miejsca mogliśmy zrozumieć, dlaczego Peruwiańczycy w swoim spektaklu chcą mówić o historii, dlaczego chcą o tym pamiętać. Oczywiście pojawiło się wiele analogii do sytuacji polsko-niemieckiej i naszego procesu pojednania po II wojnie światowej.

Szóstego dnia udaliśmy się w Andy. Podróżowaliśmy 25 godzin, aby dotrzeć do górskiej wioski Llinqui. Położona jest na wysokości 3200 metrów, w pięknej dolinie otoczonej potężnymi górami, 5 godzin drogi od miasta Abancay. Ostatnim etapem podróży była prawdziwa samochodowa wspinaczka po drogach, których miejscami ... nie było. Musieliśmy nieraz wysiadać z auta i iść pieszo, bo zamiast drogi była w tym miejscu akurat rzeka. Nasi przyjaciele z peruwiańskiego teatru celowo wybrali wioskę, która jest w minimalnym stopniu połączona ze światem. Chcieli pokazać nam, jak bardzo specyficzne i trudne więzi społeczne tworzą się w takich miejscach.

W wiosce przywitała nas muzyką z megafonów liczna delegacja mieszkańców, zwołana specjalnym komunikatem przez 22-letniego sołtysa. Mieliśmy ogromne problemy z oddychaniem na tej wysokości. Kiedy zagrała dla nas lokalna 6-osobowa orkiestra dęta, chcieliśmy w zamian zaśpiewać na głosy jedną z polskich pieśni. Po pierwszej zwrotce popatrzyliśmy na siebie wymownie: „Więcej tlenu !” Pomocą okazało się żucie liści koki, która tam jest wszędzie dostępna.

Mimo ciepłego przywitania okazało się, że jest to społeczność bardzo zamknięta, wystraszona i nieśmiała, ale też na swój sposób ciekawa nas – białych wielkoludów. Wioska żyje z rolnictwa, żywiąc się tym, co sami wyhodują. Dla świata zewnętrznego została odkryta dopiero w latach 60. XX wieku. Wszyscy tu są jakoś spokrewnieni, bo od wielu lat zakładają rodziny we własnym gronie. Ze względu na położenie wioski, mieszkańcy w czasie wojny domowej zmuszeni byli skrywać wielu terrorystów, a to odcisnęło się na ich obecnym zachowaniu. Od kilku lat, dzięki staraniom organizacji pracującej na rzecz praw człowieka, mają własną szkołę i przedszkole, w których przeprowadziliśmy warsztaty teatralne.

Wieczorem zebraliśmy się w przedszkolu i pokazaliśmy mieszkańcom fragmenty naszej pracy. Zjedliśmy wspólnie kolację i zaczęliśmy śpiewać pieśni. W zamian poczęstowano nas śpiewem w języku keczua, pochodzącym jeszcze z czasów imperium inkaskiego. Mieszkańcy do dziś posługują się głównie tym językiem. Dzień ma tu naturalny rytm: zaczyna się o 5 rano, gdy wstaje słońce. Przed domami można zobaczyć, jak wszyscy się myją, strzygą i karmią zwierzęta. Około 18.00 wioska powoli kładzie się do snu.

Odwiedziliśmy w drodze powrotnej inną wioskę, Toraya. Dzięki dogodniejszemu położeniu ma ona większy kontakt ze światem. Podczas wojny większa część miejscowych wyemigrowała do Limy, żeby przeczekać i po uspokojeniu sytuacji w kraju wrócić. Przeprowadziliśmy tu także warsztaty, podczas których łatwo można było zauważyć dużą różnicę w otwartości traktowania obcych. Nie byliśmy już pierwszymi białymi ludźmi widzianym przez lokalną społeczność.

W mieście Abancay spotkaliśmy się z przedstawicielami dużej organizacji „Aprodeh”, która działa na rzecz ludzkich praw. Zdumiewające było dowiedzieć się, w jaki sposób pracują i czym muszą się zajmować, działając na rzecz społeczności lokalnych. Opowiedzieliśmy im o naszym kraju i naszych doświadczeniach w pracy na poziomie lokalnym.

Po 4-dniowej wyprawie wróciliśmy do Limy, gdzie intensywnie kończyliśmy prace nad spektaklem „Niezmierzone drogi”. Po tym, co widzieliśmy na miejscu w Peru, spektakl uzyskał inny charakter - bardzo mocnej, odważnej i wielowątkowej wypowiedzi. Został pokazany po raz pierwszy 29 października w Goethe Institut w Limie. Na premierze obecnych było wielu przedstawicieli świata kultury, dziennikarzy oraz polityków i reprezentantów rządów z trzech krajów. Tuż po spektaklu wzięliśmy udział w dyskusji „Myślimy–Pamiętamy”, którą prowadziło troje reżyserów naszych grup teatralnych oraz Miguel Rubio Zapata - wybitny peruwiański reżyser, twórca polityczno-społecznego alternatywnego Teatru „Yuyachkani”.

Opowiadaliśmy widzom o powodach naszego spotkania, o sytuacji w Europie. Każdy z reżyserów miał prelekcję o warunkach i powodach tworzenia teatru i jego znaczeniu w naszych krajach. Pojawiło się wiele pytań o Polskę, o Goleniów, o radzenie sobie z codziennym funkcjonowaniem. Na marginesie dodam, że niemal wszędzie po informacji, że jesteśmy z Polski, byliśmy pytani o Jana Pawła II i naszą religijność.

W następnych dniach braliśmy udział w odbywającym się w Villa El Salvador festiwalu teatralnym, na którym pokazaliśmy dwukrotnie naszą wspólną pracę. W trakcie Festiwalu pokazaliśmy także metody pracy Teatru „Brama” i fragmenty naszych spektakli z udziałem także peruwiańskich aktorów. Uczestniczyliśmy w warsztatach muzycznych z peruwiańskimi artystami, którzy uczyli nas pieśni i tańców afro–peruwiańskich. Ten rodzaj tradycji wywodzi się z czasów, gdy Hiszpanie wywozili mieszkańców Czarnego Lądu do Ameryki Południowej jako niewolników. Wtedy też powstał peruwiański bęben cajón (kahon), którego pierwotną wersją była skrzynka po cytrusach.

Po jednej z prezentacji zostaliśmy zaproszeni na oficjalne spotkanie do Ambasady Rzeczpospolitej w Peru, gdzie rozmawialiśmy z panem Robertem Krzyżanowskim, odpowiedzialnym za wydarzenia artystyczne. Odwiedziliśmy także polskie biuro podróży pani Marii Karalewskiej, które zapewniło nam bezpłatnie transport podczas naszego pobytu. Serdecznie jej za to dziękujemy !

1 listopada odwiedziliśmy cmentarz Nueva Esperanza (Nowa Nadzieja) w dzielnicy Villa Maria del Triumfo, największą nekropolię na obu Amerykach. Niesamowite przeżycie. Ludzie tłoczyli się , jak na największym goleniowskim festynie. To ogromny pustynny cmentarz, gdzie ludzie chowani są nie w ziemi, a w piachu, przysypywani często kamieniami. To zarówno jedno z najbrzydszych miejsc, jakie widziałem, i jednocześnie najpiękniejsze w swojej prostocie i pełni życia. We Wszystkich Świętych około miliona żywych przychodzi, by napić się wódeczki ze swoimi Zmarłymi. Zjeść z Nimi obiad, potańczyć, pośpiewać i pograć Ich ulubione piosenki oraz pobawić się wspólnie w gronie rodzinnym. Obok kiermasze, budki z piwem, dmuchane zamki, koncerty, komicy i zwierzęta cyrkowe. Długo do nas dochodziło to wszystko, co dzieje się wokół.

Ostatnie dni poświęciliśmy na wyprawę do dżungli. Jadąc w deszczowe lasy musieliśmy przekroczyć przełęcz na wysokości 4800 m, wzdłuż najwyższej linii kolejowej na świecie. Zbudowana została jeszcze w XIX wieku przez polskiego inżyniera Ernesta Malinowskiego. Druga taka linia stosunkowo niedawno powstała w Tybecie, ale zbudowaną ją już z zastosowaniem najnowszych technologii. Odwiedziliśmy miasto La Merced w regionie Chanchamayo, indiańską wioskę Pampa Michi, spróbowaliśmy potraw w dżungli, tamtejszych napojów, wykąpaliśmy się pod ogromnym wodospadem i tańczyliśmy etniczne tańce.

Przeczytałem ostatnio, że szczęście jest podróżą, nie jej celem. Myślę, że po latach zapomnę o tym co tam widzieliśmy. Zostaną wspomnienia na fotografiach. Na pewno nie zapomnę, ile wysiłku włożyliśmy w tę podróż i w spotkanie z tymi ludźmi. Ile przeżyliśmy pięknych chwil z „Bramą” i jakie emocje mieliśmy podczas wędrówki. Ameryka Południowa to inny świat, inna planeta, gdzie życie ma zupełnie inny zapach i ludzka mentalność nie jest jeszcze zanurzona w konsumpcyjnej cywilizacji.

Ten kolorowy świat pokazał mi, jak czasem jesteśmy mało zaradni wobec najprostszych czynności i warunków. Jest to świat, gdzie życie ludzkie i czas płyną zupełnie innym rytmem. Jak się dowiedziałem, zegarki w Peru służą tylko do ozdoby. Zostanie to we mnie na długo. Nie zapomnę odkrycia piękna i ludzkiego bycia razem. Świat jest zbyt wielki, żeby zobaczyć go w całości. Należy mieć nadzieję, że niespodziewanie znajdziemy się w miejscu z naszych marzeń. Nie marzyłem wcześniej o Peru, ale szybko stało się ono miejscem z moich marzeń. Na pewno tam wrócę - wrócimy.

Daniel Jacewicz