Teatr Brama w Belgii

Luz połączony z organizacją – to chyba najbardziej spodobało mi się festiwalu Spots op West, który odbywał się pomiędzy 7. a 12. lipca w belgijskiej wiosce Westouter. Festiwal ogromny -  łącznie prawie siedemdziesiąt grup z całego świata, wliczając w to zespoły z Australii, Singapuru czy Argentyny. Już samo doświadczenie spotkania z przedstawicielami tak odległych kultur było czymś niezwykle ciekawym, nowym i rozwijającym. Abstrakcyjny obszar zaznaczony gdzieś na mapie Ameryki Południowej nagle został zamieniony w realnych, ciepłych i otwartych ludzi. Od tego momentu gdy ktoś powie: „Argentyna”, to oni będą jako pierwsi będą pojawiali się w mojej głowie.

Wszystkie wydarzenia odbywały się w i wokół wioski Westouter – łącznie kilkanaście różnych przestrzeni, większość nieteatralnych – hangary, stodoły itp. Teatr w takich miejscach wygląda i wybrzmiewa inaczej. Zamiast pustej, nieokreślonej, gotowej do zapełnienia w dowolny sposób przestrzeni, artysta musi zmierzyć się z już nałożonymi kontekstami – pracy, historii, ludzi. Przez takie, a nie inne miejsca pokazywania spektakli festiwal miał swoją własną atmosferę, pozbawioną snobistycznego nadęcia, a nastawioną bardziej na międzyludzkie spotkania, na wymienianie kontaktów, na wspólne przeżywanie tego święta teatru.

Klimatu dodawał jeszcze podwożący do trochę bardziej oddalonych miejsc pociąg/tramwaj, w którym mieszały się wszystkie narodowości festiwalu. Ludzie stłoczeni razem na ławkach są zdecydowanie bardziej skłonni do integracji i wspólnych rozmów.

W całym miasteczku czuło się atmosferę święta, całe miasteczko żyło festiwalem. Jedna rzecz urzekła mnie bardzo. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z festiwalem, na którym wśród wolontariuszy przeważali ludzie starsi. Tymczasem na festiwalu Spots op West było ich rzeczywiście pełno i czuło się, że to oni tworzyli ten festiwal. Co więcej, dawali z siebie bardzo dużo pozytywu - ciągłe uśmiechy na twarzach, często zagadywali. Kilka razy rozmawiając z kimś, pytałem o to z jakiego są zespołu, czy są aktorami, reżyserami. Tymczasem wielokrotnie zaskoczony otrzymywałem odpowiedź: Jestem stąd. Jestem wolontariuszem. Czuło się, że mieszkańcy są blisko związani z festiwalem, że festiwal jest rzeczywiście częścią ich tożsamości, że cieszą się mogąc być częścią tego teatralnego wydarzenia. Był to naprawdę jeden z najmilszych aspektów całej imprezy.

Z ciekawszych spektakli, które mieliśmy okazję zobaczyć warto wymienić spektakl grupy z Monako pod tytułem „Karokorum”. Przez to, że grany był po francusku, nie mogłem za bardzo podążać za fabułą. Pomimo tego jednak spektakl bardzo wciągał, dzięki napięciu pomiędzy aktorami, dynamicznym zmianom atmosfery scen, świetnej muzyce. Pokazało mi to też niezwykłą siłę teatru, w którym język aż tak ważny, ważne jest napięcie między ludźmi - fizycznie nienamacalne, a niezwykle prawdziwe.    

Głównym miejscem integracji była nie sama wioska festiwalowa, a oddalony od niej o dwadzieścia kilometrów hotel w pięknym mieście Ieper. Miasto, które w trakcie pierwszej wojny światowej przez cztery lata znajdowało się na linii frontu zachodniego, jest teraz przepięknie odbudowane. Cały zespół był zachwycony. Nie mogliśmy napatrzeć się na wąskie aleje pełne ceglanych domków. Grupy były porozdzielane po różnych hotelach, w naszym spotkaliśmy kilka zespołów: z Szwajcarii, Wenezueli, Argentyny, Czech, Niemiec i Węgier. Długo trwające rozmowy, wymieszane chyba wszystkie języki świata, nastawienie na otwartość i wymianę. Dzięki temu z wieloma ludźmi można było się spotkać, wielu ludzi poznać, wymienić się artystycznymi i życiowymi doświadczeniami.

Co do naszego spektaklu – „Poczekalnia”, był on dla nas dużym wyzwaniem. Dawno go nie graliśmy (ostatni raz w grudniu zeszłego roku), specjalnie na festiwal przetłumaczyliśmy go w całości na angielski. Jednak mogę szczerze powiedzieć, że coś ważnego na nim się wydarzyło, że trafił i na pewno oddziaływał na międzynarodową publiczność. Nastawiony głównie by bawić, czasem by wzruszyć, zdecydowanie spełnił swoją misję, co łatwo mogliśmy wyczuć po żywiołowych reakcjach widzów i kilku pospektaklowych indywidualnych rozmowach.

Wyjazd do Belgii był dla mnie odkryciem bardzo ciekawego teatralnego świata - pełnego radości z samego tworzenia teatru. Był też odkryciem wszechobecności teatru na świecie – tego, że wszędzie są ludzie chcący działać, poznawać i wyrażać się poprzez teatr. Był wreszcie ważny też dla naszej grupy. Spędziliśmy ze sobą kilka dni, będąc wspólnie, rozmawiając. I chyba dzięki temu wyjazdowi zaczęliśmy się trochę lepiej rozumieć. Tak mi się przynajmniej wydaje…

Bartek Mikuła