Ładowanie ...
Aktualności / Wydarzenia

Łaknienia
Teatralny aperitif do bramatu

Jakie były dla nas Łaknienia? W małym stopniu – takie jak zawsze. Udało się poczuć festiwalową atmosferę, ugościć starych przyjaciół i poznać nowych. Na chwilę zapomnieć o codzienności. Zatracić się w pracy, stworzyć na kilkanaście dni organizm-maszynę, która dokonuje niemożliwego. Z drugiej strony z tyłu głowy dudni strach, niepokój i niepewność. Czuć w kościach stresy z całego roku. Chce się nowego początku, Rampy, a przede wszystkim rzeczywistości, do której byliśmy przyzwyczajeni. Tego chcielibyśmy życzyć naszym gościom, widzom i współpracownikom na nowy rok.

Tegoroczne Łaknienia to 5 spektakli dostępnych przez 48 godzin, 2000 widzów i dyskusje ze specjalistami. Te liczby podnoszą na duchu. Poniżej możecie znaleźć recenzje spektakli przygotowane przez Adama Karola Drozdowskiego. Na koniec – mamy nadzieję, że kolejne Łaknienia odbędą się już na Rampie Kultura i Twierdzy Design, że towarzyszyć nam będzie nasza stuprocentowa, zdrowa, kochana widownia!

Zespół Teatru Brama


Teatr Rajstopy

Bardzo brzydki spektakl o miłości

Rozumiem kokieterię, która każe Rajstopom zatytułować swój nowy spektakl w ten sposób. Wydaje się, że komunikat od razu jest jasny: nie oczekujcie od nas, bo programowo nie przystajemy do oczekiwań, nie liczcie na żadne Harlequiny, tanie wzruszenia, może w ogóle nie liczcie na teatr? Ale, jeśli nie mieliście dotąd okazji poznać Rajstop, nie dajcie się zwieść, bo choć wszystko jest tu prawdą – dziewczyny z zespołu nie przystawały i nie przystają do oczekiwań, chwytają widza w zdecydowanie bardziej złożone pułapki od wzruszeń, a scenę chętniej wykorzystują do form performatywno-poetyckich, niż w klasycznym rozumieniu teatralnych – sam tytuł kłamie. Bardzo brzydki spektakl o miłości jest bardzo piękny, bo zupełnie zwyczajny.

Trudno o tym zespole mówić, bo i trudno go skategoryzować. Słuchałem gremiów jurorskich, które chciały Rajstopy w werdyktach pomijać, bo, dalibóg, jakie wspólne kategorie znaleźć dla kilkunastominutowej poetyckiej etiudy i pełnowymiarowej realizacji tekstu dramatycznego? Słuchałem, a niekiedy z nimi współdebatowałem, też i takich gremiów, które wolały pominąć rzetelną realizację dramatu, kiedy kwadrans scenicznej obecności Rajstop niósł więcej teatru niż reszta festiwalowych programów razem wzięta. Trudno więc o tym elbląsko-łódzkim zespole przez jego osobność mówić w kontekstach, ale, niech nie będzie mi to poczytane za butę, niemożliwie łatwo w oderwaniu od nich.

Teatr Rajstopy jest bowiem zespołem offowym w najpełniejszym – dziś, ale i w jakiejś mierze w rozumieniu dawnej alternatywy – tego słowa znaczeniu. Po pierwsze, Zuza Polkowska i Noemi Wrzos nie oglądają się na żadne ze znanych sobie teatralnych formuł, szukają własnego scenicznego języka, przede wszystkim minimalistycznego. Dalej – opierają się na autorskich scenariuszach, gdzie literacko ich wypowiedzi (w większości pióra Zuzy) są tekstami wysokiej próby, ale i cytaty z szeroko pojętych tekstów kultury mają uzasadnienie i wpisują się w tok narracji dziewczyn jak własne. Wreszcie – mają owo niedefiniowalne wyczucie, które każe im chociażby korzystać z repetytywnych sekwencji słowno-ruchowych do granicy ich wyporności, ale nigdy nie przemęczając – siebie, widza, dramaturgii. Robią po swojemu i robią to dobrze.

Pewnie mógłbym wymieniane powyżej cechy scenicznego charakteru Rajstop sprowadzić do jednej – pokory wobec materii teatru. Dziewczyny nie silą się ani na wylewanie kaskad intelektualnych konotacji, ani nie próbują ich podeprzeć formalnymi fajerwerkami. Na scenę wychodzą po to, żeby jak najprecyzyjniej wyrazić to, co akurat mają do powiedzenia. O miłości, w Bardzo brzydkim spektaklu... miały do powiedzenia wyjątkowo dużo, rzecz trwa prawie pół godziny, najwięcej w ich dotychczasowej twórczości. Z własnego praktycznego doświadczenia mogę zapewnić, że bez miłości takiego teatru robić się nie da – i tym trudniej, a może i bezsensownie, go referować. A że nigdy nie ufałem też krytykom poezji, namawiam tylko – spotykajcie się z Rajstopową wrażliwością jak najczęściej! Warto pozwolić sobie w tak piękny, bo prosty sposób przypomnieć o najważniejszych sprawach.


Teatr Nieoetykietkowani

Bez jaj

Supergrupa z Zabrza nie przestaje mnie zaskakiwać, oglądana na kolejnych festiwalach za każdym razem w kompletnie nowej – tak osobowo, jak estetycznie – odsłonie. Nazywam Nieoetykietkowanych supergrupą z braku lepszych określeń na to zjawisko, choć oczywiście nie mam na myśli niczego wspólnego z kolektywami zakładanymi przez różnych Hołdysów. Zabrzańska ekipa, prowadzona przez Małgorzatę Baryła, to de facto kilka grup w jednej, od szkolnej do studenckiej, od stricte amatorskiej do semi-profesjonalnej, zespoły damskie, mieszane, męskie, od nieformalnych do NGO-sów. Nie mam pojęcia, jak taki nad-kolektyw może działać, tym bardziej, że w orbicie funkcjonują jeszcze bodaj i młodsze grupy, ale niech niniejszy tekst będzie dowodem, że zamierzam się dowiedzieć – ten brak jest niedopuszczalny przy moim zainteresowaniu strukturami organizacyjnymi w offie!

Zwłaszcza, że sposób, w jaki prowadzone są wszystkie te grupy, daje młodym aktorom fantastyczną sprawność i elastyczność. Tak jak napisałem na początku, nie widziałem dwóch podobnych propozycji od Nieoetykietkowanych; do stricte kobiecego przedstawienia Bez jaj najbliższa byłaby może Mała czarna sprzed paru lat, która zresztą o ile wiem aktualizuje się wraz ze zmianami w zespole. Ale wciąż, komediowy w tonie spektakl oparty na Tiramisu Joanny Owsianko to inna liga – Bez jaj na podstawie powieści Kobieta dość doskonała Sylwii Kubryńskiej to już rozpisany na kilkanaście głosów manifest. Nie chcę mówić, że feministyczny, bo byłaby to kategoria za łatwa, choć panorama codziennych problemów, systemowo wspieranych traum i społecznych pułapek, z jakimi muszą mierzyć się kobiety w nowoczesnym, wydawałoby się, świecie, jest tu porażająca. Spektakl wznosi się jednak ponad tę perspektywę, stając się rodzajem ogólnoludzkiego lamentu, rozumiejąc, że żadna opresja, w tym opresja patriarchatu, nie pochodzi z jakiegoś tajemniczego zewnątrz, ale z samego środka uwikłanych w nią osób. Kilkunastoosobowa obsada dźwiga tę opowieść, prowadzi ją bez fajerwerków, w skupieniu i pewnie, z dużą dojrzałością emocjonalną, nie przymilając się do widza, ale pozostawiając mu pole do zaangażowania. Minimalistyczna struktura przedstawienia, zbudowana wokół prostych, repetytywnych działań ruchowych, inkrustowana jest czasami scenicznymi obrazami tak wysmakowanymi, że zostają w pamięci tym dłużej, im większą stanowią kontrę dla szorstkiej – i przecież przykrej – narracji. I nawet, gdyby chciało się widzieć w przebiegu dłużyzny, poruszający finał wstecznie rozwiewa wszelkie tego typu wątpliwości. Klasa.

Z oczywistych względów – i całe szczęście, że przyszedł taki czas – off stoi w tej chwili spektaklami kobiecymi. Środowisko teatralne, z całą swoją nadreprezentacją mężczyzn, zapraszanych jako specjaliści do różnych gron jurorskich, musi się z tym mierzyć; często bywa, że mierzy się w jedyny znany sobie sposób, przez mansplaining. Nasłuchałem się reżyserów-akademików, z zapałem wyjaśniających młodzieżowym dziewczęcym grupom, że jeśli chcą mówić o swoim doświadczeniu, to powinny jednak pójść w feminizm czwartej fali. I nie wątpię, że skoro panowie znajdowali dla siebie takie furtki, faktycznie musiało to świadczyć o brakach w teatralnej konstrukcji tych wypowiedzi. W przypadku Bez jaj nie wyobrażam sobie takiej reakcji; spektakl grupy z Zabrza, owszem, zaprasza do rozmowy, ale ma być to ot – ludzka rozmowa, nie "dyskusja" w rozumieniu publicznych debat. Bo też i teatr uszyty to z rzeczywistej empatii, a nie – nie znających sprzeciwu diagnoz. Takiego teatru trzeba nam dziś więcej!


Teatr W Kaczych Butach

Stara baba. Tragedia antyczna

Rzadko zdarza mi się, żeby jednoznacznie nie podobały mi się rzeczy, pod którymi podpisuje się Magda Bochan-Jachimek. Tymczasem Stara baba w jej reżyserii w gruncie rzeczy nie podobała mi się – ale głównie dlatego, że nie jest to spektakl skierowany do widza takiego, jak ja. Co począć, kiedy ani rodzaj humoru, ani aktorskie wytrychy, ani estetyka nie trafiają w moje upodobania; zresztą przecież nie ma w tym nic złego, kiedy jako widz nie mam przyjemności z oglądania spektaklu. Nie mogę jednak odmówić owemu humorowi, aktorstwu i estetyce, że w ramach założeń zrealizowane zostały rzetelnie i – już jako krytyk, to moment trudnej dychotomii – nie wątpię w przyjemność z uczestnictwa w pokazach Starej baby u innego widza. Tym bardziej zaś nie mogę nie docenić, jak zgraną, zaangażowaną i dobrze wyszkoloną grupą jest W Kaczych Butach – i że staż jej wspólnej pracy, podchodzący po dekadę, wraz z konsekwentnym rozwojem, choćby o występy na festiwalach, jest jak na dorosły teatr amatorski ewenementem.


Stara baba to realizacja napisanego dla grupy dramatu Szymona Jachimka, faktycznie stylizowanego na tragedię – rzecz pisana jest wierszem, zbudowana w klasycznej konstrukcji, angażuje chór, a konflikt opierałby się o sam Olimp, gdyby nie swojsko-polska scenografia i współczesne rekwizytorium opowieści. Sprawa rozbija się bowiem o nieszczęście protagonistki, zostawionej przez partnera dla młodszej kobiety – a co za tym idzie, przebieg fabuły, podążający za kolejnymi etapami radzenia sobie bohaterki z sytuacją, odsłania też panoramę postaw wykorzystywanych w damsko-męskich rozgrywkach, w tym i dowcipno-gorzkie portrety nieradzących sobie z emocjami mężczyzn i niewiele dojrzalszych kobiet. Jachimek, który i w innych tekstach dramatycznych udowadnia, jak niezwykły ma słuch na rzeczywistość, także tutaj dzięki naturalności (mimo formalnej stylizacji!) języka i ekwilibrystycznym wręcz woltom w puentach gagów unika oczywistych sztamp i koniec końców prowadzi do mądrego finału. To, co mogło razić jako, że tak powiem, boomerski humorek, służy w efekcie prostemu rozpoznaniu, że każdy stereotyp u podstawy wyrasta z faktycznych ludzkich zachowań, nie ze stereotypem należy więc dyskutować, ale z uporczywym chodzeniem koleinami własnych przyzwyczajeń. Niby niewiele, niby wolałbym widzieć, jak do tego rozpoznania twórcy doszliby innymi drogami – ale, cholera, ten finał i tak naprawdę działa katartycznie.

Tym chętniej przymykam oko na różne formalne niedociągnięcia spektaklu. Jasne, tekst, trudny przez swoją regularną wierszowaną formę, mógłby być podawany płynniej, rzadziej wypadać z rytmu, częściej go świadomie przełamywać – ale ze sceny padają naprawdę kaskady Jachimkowego wiersza, pamięciowa robota zespołu jest godna docenienia, zwłaszcza jeśli się wie o nagłych zastępstwach, poczynionych przed nagraniem rejestracji spektaklu. Plastyka z kolei, z pięknymi skrótowymi dekoracjami w dwuwymiarze, przywodzącymi na myśl Kabaret Starszych Panów, ale też z ilustracyjnymi kostiumami, szukającymi wypadkowej między starogreckim chitonem a współczesnymi ciuchami, mogłaby być spójniejsza – ale z drugiej strony dawno nie widziałem, żeby tak liczny amatorski zespół występował w szytych dla spektaklu kostiumach, zaplecze produkcyjne W Kaczych Butach jest imponujące. Kiedy więc pisałem na początku, że rzadko jednoznacznie nie podobają mi się rzeczy od Magdy Bochan-Jachimek, mówiłem prawdę; o Starej babie. Tragedii antycznej też nie mogę tego jednoznacznie powiedzieć!


Monika Czajkowska, Ewelina Zawada

Międzyczas

To pewnie mógłby być manifest – może nie pokolenia, ale powiedzmy, że środowiska wykształconej, prawdopodobnie lewicującej, cywilizacyjnie wręcz depresyjnej, świadomej dziejowych pułapek młodzieży. Tej, która zdaje sobie sprawę z nadchodzącej katastrofy, zna niedomagania wypalających się skostniałych systemów, i własny – mimo popularnych narracji – brak rzeczywistej w ich ramach sprawczości. Tej, która wobec tego trwa w przykrym, sprawiającym dyskomfort stuporze – nieproduktywnym, nie dającym wypoczynku, za to poczucie, że spóźniamy się na swoje życie. "My", bo mniej więcej takie odbicie doświadczeń, o które i ja się otarłem, dojrzałem w Międzyczasie Moniki Czajkowskiej.


I żałuję, bo monodram z udziałem Eweliny Zawady jest zamachem tak na społecznie ważną wypowiedź, jak i na szlachetną teatralną formę, za obiema chętnie bym podążył – ale niestety też obie nie znajdują w spektaklu oczekiwanego rozwinięcia. Wierzę, że po części jest temu winna realizacja wideo jako taka – minimalizm scenicznych środków, powodujący, że akcja rozgrywa się niemal statycznie w ledwo wydobywającym z ciemności kształty kręgu pionowego światła, jest estetyką tyleż kuszącą na scenie, budującą klaustrofobiczną wręcz duchotę, co niewdzięczną dla oka kamery. Zawada, aktorka po Białymstoku, odnajduje się zresztą w tej formule świetnie, doskonale ogrywa półmroki, opisaną głębokimi cieniami bryłę swojej twarzy utrzymując niekiedy znieruchomiałą jak maskę, niekiedy aż przerysowując tragiczne tony. Z pospektaklowych rozmów z reżyserką wiem, że opracowała scenopis, mający przełożyć charakter tego monodramu na język filmu – bardzo kibicuję jego realizacji, rozumiejąc, że goleniowski Festiwal nie mógł mu podołać.

Tym niemniej przekonany jestem o jednym elementarnym braku, przez który w moim odczuciu Międzyczas manifestem tylko mógłby być, a nie jest. Otóż dotkliwie brak w nim wiarygodnego scenicznego świata. I nie, nie chodzi mi o to, żeby zrezygnować z ascetycznego kręgu światła i iść w rozbuchane dekoracje; tych jest już wręcz za dużo, bo po cóż mi pastylki na scenie, gdy o nich mowa, czy nie mniej dosłowny koc, gdy pora się położyć? Mam na myśli świat bohaterki, drobnostki, które uwiarygadniałyby jej zwyczajne życie poza scenicznym "międzyczasem", jej natręctwa i przyruchy, które zapewniają miejsce w powszechnej świadomości wszelkim Adasiom Miauczyńskim, jej codzienne wkurwy i dylematy. Tymczasem materiał literacki buduje ją niemal wyłącznie z ogólników, rozważań na wysokim poziomie abstrakcji i nawiązań do nazwisk twórców istotnych w europejskim kręgu kulturowym.

Za dużo mi w tym wszystkim takich panoramicznych spojrzeń i publicystycznych diagnoz, za mało żywego, patrzącego człowieka. Ale też widzę, że niewiele brakuje, by monodram obu twórczyń, świeżo powstały i debiutujący na onlajnowych Łaknieniach, nabrał potrzebnych szlifów i uderzył z całą możliwą mocą. Życzę tego i czekam!


Teatr Ecce Homo

Być świnią w maju

Żeńska grupa Teatru Ecce Homo to fantastycznie sprawny, zgrany zespół, rozumiejący sceniczny nadrealizm i plastykę obrazu, odnajdujący się w formalnym aktorstwie, umiejętnie stosujący teatralny skrót i bystry cudzysłów. Widać, że praca w kieleckim teatrze daje rzetelne przygotowanie, które procentuje w angażującej scenicznej obecności aktorek. Chciałbym zobaczyć ten zespół w innej, bardziej autorskiej, bardziej poszukującej propozycji. Bo oparte na Gałczyńskim Być świnią w maju mimo odważnych decyzji interpretacyjnych wygląda niestety jak rutynowy egzamin z groteski w teatrze – zdany co prawda z wyróżnieniem, ale chciałoby się od tak ciekawej ekipy więcej.


Nie mam poczucia, ażeby wiodąca myśl spektaklu – próba odczytania wybranych scen z Teatrzyku Zielona Gęś w perspektywie współczesnej, kobiecej, na poły feministycznej – wiodła ku ciekawym rozpoznaniom. Nie sprzeciwiam się w żaden sposób rewizji znanych tekstów kultury pod kątem poszukiwania herstorii, ale w absurdeskach Gałczyńskiego z lat 1946-50 naprawdę trudno szukać kobiecych narracji innych niż komediowy stereotyp, wciąż zresztą do niedawna żywy. To pierwsza słabość kieleckiego spektaklu: stereotyp okazuje się bowiem silniejszy od rewizyjnych intencji twórców. Popierają tę sytuację niektóre w moim odczuciu nietrafione reżyserskie decyzje, jak przede wszystkim wystylizowanie młodych aktorek na "aniołki", choć raczej wampy, z eightiesowego wideoklipu Roberta Palmera. Pierwowzory scenicznych postaci w oryginalnym obrazku do piosenki Addicted to love w podobnie ostrych makijażach, skąpych sukienkach i na obcasach podrygują w tle za wokalistą, pozorując grę na instrumentach. W finale ta sekwencja zostaje wręcz powielona, choć do słów No woman, no cry Marleya. I niestety naprawdę mam poczucie, że została powielona, nie – zacytowana, wyśmiana, poddana w wątpliwość. Takich scenicznych sytuacji jest więcej, materiału w Gałczyńskim – zbyt mało, żeby spiąć intelektualnie i udźwignąć strukturalnie długie skądinąd przedstawienie, poklejone z interesujących, ale wewnętrznie niespójnych elementów.

Sam w wieku szkolnym zachłystywałem się Zieloną Gęsią, wówczas szybko przenosząc upodobanie do absurdu na fanbojstwo dokonań Monty Pythona, dziś szukając jego rozwinięcia u rozumiejącej tematy współczesności Auntie Donny. Tym dziwniej się czuję, wołając: zostawmy Zieloną Gęś w spokoju! Na Gałczyńskim uczyć się trzeba pojęcia form, błyskotliwości skrótu, lekkości dowcipu – to ekipa z Ecce Homo już ma. Więc do roboty, brać, co się umie i robić po swojemu, z tym samym zaangażowaniem, ale na bliższym sercu materiale! Czekam, bo jestem pewien, że wyjdzie to na dobre i zespołowi, i Gałczyńskiemu.


Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury. Dofinansowano przez Urząd Marszałkowski Województwa Zachodniopomorskiego. Działanie eksperyment artystyczny i warsztaty teatralne zrealizowana w ramach projektu "Czego sztuka w Puszczy szuka".

Dla "Łaknień" Adam Karol Drozdowski